Listy miłosne Smitha

Wydanie do czytania BokRobot

Książki

Za darmo

Listy miłosne Smitha

1 rozdziały · 2698 słów
Uruchomiono: 2026-09-09 04:45BokRobot · Strona 1 / 9

Gdy mała szwaczka wdrapała się do swego pokoju na piętrze nad ostatnim piętrem wielkiej ceglanej kamienicy czynszowej, w której mieszkała, była zupełnie wyczerpana. Jeśli nie rozumiesz, co to znaczy piętro nad ostatnim piętrem, musisz pamiętać, że ludzka chciwość nie zna granic i że prawie nie ma granic dla wysokości kamienic czynszowych. Gdy człowiek, który był właścicielem tej siedmiopiętrowej kamienicy, odkrył, że może wynająć jeszcze jedno piętro, bez trudu przekonał strażników naszych przepisów budowlanych, by pozwolili mu dobudować jeszcze jedno piętro na dachu, jak kabinę na pokładzie statku; a w południowo-wschodnim z czterech mieszkań na tym piętrze mieszkała mała szwaczka. Z ulicy ledwo można było dostrzec szczyt jej okna — ogromny gzyms, który niegdyś wieńczył pierwotną fasadę, a teraz służył jej za parapet, całkowicie zasłaniał dolną część piętra nad ostatnim piętrem.

Mała szwaczka nie miała jeszcze trzydziestu lat, ale była tak staroświecką istotką pod wieloma względami, że niemal chciałbym ją nazwać „szwaczką" tak, jak nazywały ją nasze babki. Niegdyś też była ładna i nadal byłaby, gdyby nie była taka chuda, blada i o zatroskanych oczach.

Była dziś wieczorem zmęczona, bo cały dzień ciężko pracowała dla pewnej pani, która mieszkała daleko, w „Nowych Dzielnicach" za rzeką Harlem, a po długiej podróży do domu musiała wspiąć się po siedmiu kondygnacjach schodów kamienicy. Była zbyt zmęczona, zarówno ciałem, jak i umysłem, żeby ugotować te dwa małe kotleciki, które przyniosła do domu. Zaoszczędzi je na śniadanie, pomyślała. Zaparzyła więc sobie filiżankę herbaty na maleńkiej kuchence i zjadła do niej kromkę suchego chleba. Robienie tostów to było zbyt wiele zachodu.

BokRobot · Strona 2 / 9
Ilustracja do Listy miłosne Smitha

Ale po kolacji podlała swoje kwiaty. Nigdy nie była na to zbyt zmęczona, a sześć doniczek pelargonii, które łapały południowe słońce na szczycie gzymsu, robiło wszystko, co w ich mocy, by jej się odwdzięczyć. Potem usiadła w fotelu na biegunach przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Jej gniazdo było wysoko ponad wszystkimi innymi budynkami i mogła spojrzeć ponad niskimi dachami naprzeciwko i zobaczyć daleki koniec Tompkins Square, z jego skąpą wiosenną zielenią ledwo widoczną w półmroku. Wieczny zgiełk miasta wznosił się ku niej i niejasno ją niepokoił. Była dziewczyną ze wsi i chociaż mieszkała w Nowym Jorku od dziesięciu lat, nigdy nie przyzwyczaiła się do tego nieustannego szeptu. Dziś wieczorem czuła zarówno znużenie nową porą roku, jak i ciężar fizycznego wyczerpania. Była prawie zbyt zmęczona, by pójść do łóżka.

Myślała o ciężkim dniu, który się skończył, i o ciężkim dniu, który nadejdzie po nocy spędzonej na twardym, małym łóżku. Myślała o spokojnych dniach na wsi, kiedy uczyła w szkole w wiosce w Massachusetts, gdzie się urodziła. Myślała o setce drobnych upokorzeń, jakie musiała znosić od ludzi lepiej karmionych niż wychowanych. Myślała o słodkich, zielonych polach, które obecnie widywała rzadko. Myślała o długiej podróży tam i powrotem, która musiała rozpocząć i zakończyć jej pracę następnego dnia, i zastanawiała się, czy jej pracodawczyni pomyśli, by zaproponować, że zapłaci jej za przejazd. Potem wzięła się w garść. Musiała myśleć o przyjemniejszych rzeczach, inaczej nie zaśnie. A ponieważ jedynymi przyjemnymi rzeczami, o jakich mogła myśleć, były jej kwiaty, spojrzała na ogródek na szczycie gzymsu.

Dziwny, zgrzytliwy odgłos sprawił, że spojrzała w dół, i zobaczyła cylindryczny przedmiot, który błyszczał w półmroku, posuwając się nieregularnym i niepewnym ruchem w stronę jej doniczek. Gdy przyjrzała się bliżej, zobaczyła, że to cynowy kufel do piwa, który ktoś z sąsiedniego mieszkania popychał dwustopową linijką. Na szczycie kufla leżała kartka papieru, a na niej było napisane, pismem rozlanym, półkształtnym:

„porter przepraszam za wolność i wypij to"

BokRobot · Strona 3 / 9

Szwaczka zerwała się z przerażenia i zamknęła okno. Przypomniała sobie, że w sąsiednim mieszkaniu mieszka mężczyzna. Widziała go na schodach w niedziele. Wydawał się poważnym, przyzwoitym człowiekiem, ale musiał być pijany. Usiadła na łóżku, cała drżąca. Potem przemówiła do siebie rozsądkiem. Mężczyzna był pijany, to wszystko. Prawdopodobnie nie będzie jej dalej niepokoił. A gdyby nawet, to może się wycofać do mieszkania pani Mulvaney z tyłu, a pan Mulvaney, który był bardzo szanowanym człowiekiem i pracował w warsztacie kotlarskim, ochroniłby ją. Tak więc, będąc biedną kobietą, która już wcześniej miała okazję wybaczać i odmawiać dwie lub trzy podobne „wolności", postanowiła pójść spać jak rozsądna szwaczka, i tak też zrobiła. Została nagrodzona, bo gdy zgasiła światło, zobaczyła w świetle księżyca, że dwustopowa linijka pojawiła się znowu, z jednym zgiętym przegubem, zaczepiła się o rączkę kufla i wycofała go.

Następny dzień był ciężki dla małej szwaczki, i ledwie pomyślała o sprawie z poprzedniej nocy, aż godzina znów nadeszła i znów siedziała przy oknie. Wtedy uśmiechnęła się na to wspomnienie. „Biedaczysko" — powiedziała w swoim miłosiernym sercu — „na pewno jest teraz strasznie zawstydzony. Może nigdy wcześniej nie był pijany. Może nie wiedział, że mieszka tu samotna kobieta, którą można przestraszyć".

Właśnie wtedy usłyszała zgrzyt. Spojrzała w dół. Cynowy kufel stał przed nią, a dwustopowa linijka powoli się wycofywała. Na kuflu leżała kartka papieru, a na niej było napisane:

„porter dobry na zdrowie robi mięso"

Tym razem mała szwaczka zatrzasnęła okno z oburzenia. Rumieniec wstąpił na jej blade policzki. Pomyślała, że zejdzie natychmiast do woźnego. Potem przypomniała sobie o siedmiu kondygnacjach schodów i postanowiła zobaczyć się z woźnym rano. Potem poszła do łóżka i widziała, jak kufel cofnięto, tak samo jak poprzedniej nocy.

Nadszedł ranek, ale jakoś szwaczka nie miała ochoty skarżyć się woźnemu. Nie znosiła robić kłopotów — a woźny mógłby pomyśleć — i — i — cóż, jeśli łajdak zrobi to znowu, sama mu powie, a to załatwi sprawę.

BokRobot · Strona 4 / 9

I tak, następnej nocy, która była czwartkiem, mała szwaczka usiadła przy oknie, postanowiwszy załatwić sprawę. I nie siedziała tam długo, kołysząc się w skrzypiącym fotelu na biegunach, który przywiozła ze swojego dawnego domu, gdy cynowy kufel wypłynął w pole widzenia, z kartką papieru na wierzchu.

Tym razem legenda brzmiała:

„Moze sie pani boi ze sie odezwe nie jestem taki"

Szwaczka nie wiedziała dokładnie, czy ma się śmiać, czy płakać. Ale czuła, że nadszedł czas, by przemówić. Wychyliła się z okna i zwróciła się do zmierzchowego nieba.

Ilustracja do Listy miłosne Smitha

„Panie — panie — proszę pana — ja — czy zechce pan wyjrzeć głową z okna, żebym mogła z panem porozmawiać?"

Cisza w drugim pokoju pozostała niezmącona. Szwaczka cofnęła się, rumieniąc się. Ale zanim zdążyła się zebrać na odwagę do kolejnego ataku, kartka papieru pojawiła się na końcu dwustopowej linijki.

„jak cos mowie to mam na mysli powiedziałem ze sie nie odezwe i nie odezwe"

Co ma zrobić mała szwaczka? Stanęła przy oknie i myślała intensywnie. Czy ma poskarżyć się woźnemu? Ale stworzenie było całkowicie pełne szacunku. Bez wątpienia chciało być miłe. Z pewnością był miły, marnując te kufl e porteru na nią. Przypomniała sobie ostatni raz — i pierwszy — gdy piła porter. Było to w domu, gdy była młodą dziewczyną, po tym, jak przeszła dyfteryt. Przypomniała sobie, jaki był dobry i jak przywrócił jej siły. I bez jednej myśli o tym, co robi, podniosła kufel porteru i wzięła jeden mały, pełen wspomnień łyk — dwa małe, pełne wspomnień łyki — i uświadomiła sobie swój całkowity upadek i klęskę. Zaczerwieniła się teraz jak nigdy dotąd, odstawiła kufel, zamknęła okno i uciekła do łóżka jak jeleń do lasu.

A gdy porter przybył następnej nocy, niosąc prostą prośbę:

„Niech sie pani nie boi wypic wszystko" mała szwaczka wstała i chwyciła kufel mocno za rączkę i wylała jego zawartość na ziemię wokół swojej największej pelargonii. Wylała zawartość do ostatniej kropli, a potem upuściła kufel i pobiegła z powrotem, usiadła na łóżku i zapłakała, z twarzą ukrytą w dłoniach.

„Teraz" — powiedziała sobie — „zrobiłaś to! I jesteś równie złośliwa i okrutna, i podejrzliwa, i podła jak — jak portulaka!"

BokRobot · Strona 5 / 9

I płakała na myśl o swoim zatwardziałym sercu. „On nigdy nie da mi szansy, żebym powiedziała, że mi przykro" — myślała. I naprawdę, mogła uprzejmie przemówić do biednego człowieka i powiedzieć mu, że jest bardzo wdzięczna, ale że naprawdę nie powinien prosić jej, by piła z nim porter.

„Ale to już wszystko skończone i zrobione" — powiedziała sobie, siedząc przy oknie w sobotnią noc. I wtedy spojrzała na gzyms i zobaczyła wierny mały cynowy kufel posuwający się powoli w jej stronę.

Została pokonana. Ten akt chrześcijańskiej wyrozumiałości był zbyt wielki dla jej życzliwego ducha. Przeczytała napis na kartce:

„porter jest dobry dla kweitów ale lepszy dla ludzi" i podniosła kufel do ust, które nie były w połowie tak czerwone jak jej policzki, i wzięła dobry, serdeczny, wdzięczny łyk.

Popijała w zamyślonej ciszy po tym pierwszym zanurzeniu, i po chwili ze zdziwieniem zobaczyła dno kufla.

Na stoliku obok niej kilka perłowych guzików było zapakowanych w kawałek białego papieru. Rozkręciła papier, wygładziła go i napisała drżącą ręką — umiała pisać bardzo starannie:

„Dziękuję"

To położyła na szczycie kufla, i po chwili zgięta dwustopowa linijka pojawiła się i odciągnęła skrzynkę pocztową do domu. Potem siedziała nieruchomo, ciesząc się ciepłym blaskiem porteru, który zdawał się przenikać całą jej istotę ciepłem wcale niepodobnym do nieprzyjemnego i uciążliwego ciepła atmosfery, atmosfery ciężkiej od wiosennej wilgoci. Zgrzyt na cynie wyrwał ją z zamyślenia. Kawałek papieru leżał przed jej oczami.

„piękna pogoda na wzrost Smith" głosił.

Jest mało prawdopodobne, by w całym zakresie i kręgu konwersacyjnych banałów istniało jakiekolwiek inne powitanie, które mogłoby skłonić szwaczkę do kontynuowania wymiany korespondencji. Ale to proste i swojskie zdanie dotknęło jej wiejskiego serca. Co obchodziła „pogoda na wzrost" pracujących w tym pustkowiu cegły i zaprawy? Ten nieznajomy musiał być, tak jak ona, duszą wychowaną na wsi, tęskniącą za nową zielenią i odwróconą, brązową glebą pól. Wzięła kartkę papieru i napisała pod pierwszą wiadomością:

„Piękna"

BokRobot · Strona 6 / 9

Ale to wydało się jej oschłe; więc dodała: „dla" czego? Nie wiedziała. W końcu, w desperacji, napisała „ziemniaków". Kartka papieru została cofnięta i wróciła z dopiskiem:

„Za wilgotno na ziemniaki"

A gdy mała szwaczka to przeczytała i zrozumiała, że „wilgotno" reprezentuje wymowę autora słowa „wilgotno", zaśmiała się cicho do siebie. Człowiek, którego umysł, w takiej chwili, był poważnie zajęty ziemniakami, nie był człowiekiem, którego należało się bać. Znalazła pół arkusza listowego papieru i napisała:

„Mieszkałam w małej wiosce, zanim przyjechałam do Nowego Jorku, ale obawiam się, że nie wiem zbyt wiele o rolnictwie. Czy jest pan rolnikiem?"

Odpowiedź nadeszła:

„bylem prawie wszystkim gospodarowalem przez jakis czas w Maine Smith"

Gdy to przeczytała, szwaczka usłyszała, jak kościelny zegar wybija dziewiątą.

„Dobry Boże, czy tak późno?" — zawołała, i pospiesznie napisała ołówkiem „Dobranoc", wysunęła papier i zamknęła okno. Ale kilka minut później, przechodząc obok, zobaczyła jeszcze jeden kawałek papieru na gzymsie, trzepoczący na wieczornym wietrze. Głosił tylko „dobranoc", i po chwili wahania mała szwaczka wzięła go do środka i dała mu schronienie.

*

Potem byli najlepszymi przyjaciółmi. Każdego wieczoru kufel się pojawiał, i podczas gdy szwaczka piła z niego przy swoim oknie, pan Smith pił z jego bliźniaka przy swoim; a notatki wymieniano tak szybko, jak pozwalała na to wczesna edukacja pana Smitha. Opowiadali sobie swoje historie, a historia pana Smitha była jedną z podróży i różnorodności, którą zdawał się uważać za rzecz całkiem naturalną. Pływał po morzu, gospodarował, był drwalem i myśliwym w lasach Maine. Teraz był majstrem w składzie drewna nad East River i wiodło mu się dobrze. Za rok lub dwa będzie miał dość odłożone, by wrócić do Bucksport i kupić udział w firmie budującej statki. To wszystko wypłynęło w trakcie urywanej, ale urozmaiconej korespondencji, w której szczegóły autobiograficzne mieszały się z refleksjami, moralnymi i filozoficznymi.

Kilka przykładów da wyobrażenie o stylu pana Smitha:

„bylem raz w ziemi van diemena"

Na co szwaczka odpowiedziała:

„To musiało być bardzo interesujące".

Ale pan Smith potraktował ten temat bardzo krótko:

Ilustracja do Listy miłosne Smitha
BokRobot · Strona 7 / 9

„nie było"

Dalej raczył:

„widziałem chinskiego kucharza w hongkongu co umiał smazyc nalasniki jak twoja matka"

„misionarz co sprzedaje rum jest najpodlejszym z boskich stworzen"

„walu sie nie jest tym czym za niego uchodzi"

„włochy sa gorsi niz bydleta"

„mam 6 stóp i 13/4 cala ale moj ojciec mial 6 stóp i 4 cale"

Szwaczka uczyła w szkole jedną zimę i nie mogła się powstrzymać od próby zreformowania pisowni pana Smitha. Pewnego wieczoru, w odpowiedzi na tę wiadomość:

„zabilem niedzwiedzia w Maine 600 funtow wagi" napisała:

„Czy to nie jest zazwyczaj pisane Niedźwiedź?" ale porzuciła ten zamiar, gdy odpowiedział:

„niedzwiedz to podłe zwierze jak go nie spelujesz"

Wiosna mijała, nadeszło lato, i nadal wieczorny napój i wieczorna korespondencja rozjaśniały koniec każdego dnia małej szwaczce. I łyk porteru usypiał ją każdej nocy, dając jej spokojniejszy odpoczynek, niż kiedykolwiek zaznała podczas pobytu w hałaśliwym mieście; co więcej, zaczynał robić trochę „mięsa" dla niej. A potem myśl, że będzie miała godzinę przyjemnego towarzystwa, jakoś dawała jej odwagę, by ugotować i zjeść swój mały obiad, jakkolwiek zmęczona była. Policzki szwaczki zaczynały kwitnąć czerwcowymi różami.

I przez cały ten czas pan Smith dotrzymywał swojego ślubu milczenia, chociaż szwaczka czasami kusiła go małymi okrzykami i wykrzyknikami, na które mógłby odpowiedzieć. Był milczący i niewidzialny. Tylko dym z jego fajki i brzęk jego kufla, gdy stawiał go na gzymsie, mówiły jej, że żywy, materialny Smith jest jej korespondentem. Nigdy nie spotykali się na schodach, bo ich godziny przychodzenia i odchodzenia nie pokrywały się. Raz lub dwa razy minęli się na ulicy — ale pan Smith patrzył prosto przed siebie, około stopy nad jej głową. Mała szwaczka myślała, że jest bardzo przystojnym mężczyzną, z jego sześcioma stopami i jednym i trzema ćwierciami cala oraz gęstą brązową brodą. Większość ludzi uznałaby go za pospolitego.

BokRobot · Strona 8 / 9

Raz do niego przemówiła. Wracała do domu pewnego letniego wieczoru, i banda próżniaków stojących na rogu zatrzymała ją i zażądała pieniędzy na piwo, jak to mają w zwyczaju. Zanim zdążyła się przestraszyć, pojawił się pan Smith — skąd, nie wiedziała — rozproszył bandę jak plewy, a schwytawszy dwóch z tych ludzkich hien, kopał ich powolnymi, potężnymi, naprzemiennymi kopniakami, aż wijąc się, cierpieli niewysłowione męki. Gdy pozwolił im odczołgać się, odwróciła się do niego i podziękowała mu serdecznie, wyglądając teraz bardzo ładnie, z rumieńcem na policzkach. Ale pan Smith nie odpowiedział ani słowa. Wpatrywał się nad jej głową, zaczerwienił się, nerwowo wiercił, ale milczał, aż jego wzrok padł na okrągłego Teutona przechodzącego obok.

„Ej, Niemiec!" — ryknął.

Niemiec stanął osłupiały.

„Nic nie mam, czym by pisać!" — zagrzmiał pan Smith, patrząc mu w oczy. I wtedy człowiek dotrzymujący słowa poszedł dalej swoją drogą.

I tak lato mijało, a dwoje korespondentów gawędziło w milczeniu z okna do okna, ukrytych przed wzrokiem całego świata poniżej przez przyjazny gzyms. I wyglądali ponad dachem i widzieli, jak zieleń Tompkins Square ciemnieje i pokrywa się kurzem z upływem miesięcy.

Pan Smith miał zwyczaj odbywania niedzielnych wycieczek na przedmieścia, i nigdy nie wracał bez bukietu stokrotek lub czarnookich Susan, a później astrów lub nawłoci dla małej szwaczki. Czasami, z roztropnością rzadką u jego płci, przynosił jej całą roślinę, ze świeżą ziemią do przesadzenia.

Podarował jej także szpulkę w butelce, którą, jak napisał, sam „zrobił", oraz trochę koralowca, i suszoną rybę latającą, która była nieco straszna w patrzeniu, ze swoimi mieczowatymi płetwami i pustymi oczami. Z początku nie mogła zasnąć z tą latającą rybą wiszącą na ścianie.

Ale bardzo zaskoczył małą szwaczkę pewnego chłodnego wrześniowego wieczoru, gdy wepchnął ten list wzdłuż gzymsu:

„Szanowna i Czcigodna Pani:

BokRobot · Strona 9 / 9

Ponieważ długo i daremnie szukałem sposobności, by wyrazić Pani moje uczucia, korzystam teraz z przywileju korespondencji listownej, aby oznajmić Pani fakt, iż Uczucia, które Pani wzbudziła w mojej piersi, są tymi, które powinny zmierzać ku Miłości Małżeńskiej i Przywiązaniu, a nie ku zwykłej Przyjaźni. Krótko mówiąc, Pani, mam Zaszczyt zwrócić się do Pani z Propozycją, której przyjęcie napełni mnie ekstatyczną Wdzięcznością i umożliwi mi rozciągnięcie nad Panią tych Opiekuńczych Starań, które Węzeł Małżeński czyni zarazem Obowiązkiem i Przywilejem tego, kto pragnąłby w niedalekiej przyszłości poprowadzić do Hymenejskiego Ołtarza istotę, której wdzięki i cnoty powinny wystarczyć, by rozniecić jego Płomienie bez pomocy z zewnątrz.

Pozostaję, Droga Pani, Pańskim uniżonym sługą i Żarliwym wielbicielem, I. Smith"

Mała szwaczka wpatrywała się w ten list przez długi czas. Być może zastanawiała się, w jakim gotowym liściku z poprzedniego stulecia pan Smith znalazł swój wzór. Być może była zdumiona efektami jego pierwszej próby interpunkcji. Być może myślała o czymś innym, bo w jej oczach były łzy, a na jej małych ustach uśmiech.

Ale to musiało trwać długo, i pan Smith musiał stać się nerwowy, bo wkrótce kolejna wiadomość nadeszła wzdłuż linii, gdzie gzyms był wygładzony. Głosiła:

„Jesli nie zrozumiałe to czy wyjdzie pani za mnie"

Mała szwaczka chwyciła kartkę papieru i napisała:

„Jeśli powiem tak, czy odezwie się pan do mnie?"

Ilustracja do Listy miłosne Smitha

Potem wstała i podała mu ją, wychylając się z okna, i ich twarze się spotkały.

BokRobot

BokRobot

BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.

More books you might like